Protest parlamentarny, a kryzys w parlamencie.

Zaczęło się niemal groźnie. Kryzys w parlamencie. Bezpośrednią przyczyną było wykluczenie z obrad w dniu 16 grudnia 2016 r. przez marszałka Marka Kuchcińskiego posła PO Michała Szczerbę, który na mównicy postawił kartkę ze słowami „wolne media”. Choć teść samego wystąpienia posła PO nie miała związku z mediami, to zabranie mu głosu spowodowało bunt opozycji.

Opozycja zjednoczyła się i rozpoczęła bezprecedensowy protest – okupowanie mównicy, a potem całej Sali Sejmowej żądając przywrócenia wolnych mediów. Wydawało się, że rząd nie ma wyjścia z sytuacji i musi się ugiąć, choć obrady przeniesiono do Sali Kolumnowej, gdzie uchwalono budżet.

Przez kilkanaście dni przełomu roku w opozycję tchnęło nadzieją, że udało jej się postawić rząd pod ścianą, i musi on zacząć z opozycją rozmawiać, aby zażegnać konflikt. Jednak Kaczyński postawił na zmęczenie opozycji protestem i nie zajął żadnego stanowiska pozostawiając opozycję samej sobie.

Głównym postulatem wszystkich opozycjonistów było przywrócenie dostępu mediów do budynku Sejmu w dotychczasowym kształcie. Do protestu dołączył się też Komitet Obrony Demokracji, który pod przewodnictwem Mateusza Kijowskiego, przed sejmem zorganizował szereg demonstracji. Im jednak dalej od startu protestu, tym bardziej różne ugrupowania opozycji oddalały się od siebie we wspólnych dążeniach.

Rozłam opozycji dodatkowo nastąpił, gdy jeden z pasażerów lotu do Portugalii w dniu 31.12. sfotografował lidera Nowoczesnej wraz z i jego zastępczynią Joanną Schmidt lecących na Sylwestra do tego kraju. Zdjęcie wywołało słuszne oburzenie, bo tego samego dnia został opublikowany wywiad z Petru, gdzie polityk ten podkreślał, że nie czas wypoczywać, gdy w Sejmie trwa okupacja Sali Plenarnej.

Po Nowym Roku Schetyna przyjął strategię okupowania sali sejmowej, podczas gdy Ryszad Petru postanowił przystąpić do negocjacji z PIS. Powoli społeczeństwo coraz mniej się interesowało tym, co dzieje się w niemal pustej Sali Plenarnej, co bardzo było na rękę Kaczyńskiemu.

Ostatecznie Kaczyński ugiął się w zakresie przywrócenia statusu dziennikarzy do czasu z przed protestu, jednak zrobił to zaraz po tym jak PO niewidząca sensu dalszego protestu postanowiła zawiesić go.

Czy kryzys trwa nadal? W sensie kryzysu parlamentarnego trudno tak stwierdzić. Choć opozycja zawieszając protest zarzekała się, że będzie władzy patrzeć na ręce i w każdej chwili protest może być przywrócony, tak naprawdę są to strachy na lachy. Budżet został ustalony w Sali Kolumnowej, przy bardzo skąpej obecności opozycji, choć cały czas opozycja podważa prawidłowość głosowania – jest jedynym ustalonym i obowiązującym budżetem. Protesty KOD-u zostały skutecznie zdeprecjonowane przez PIS wskazując Mateusza Kijowskiego, jako oszusta i złodzieja, który przywłaszczył sobie pieniądze ze składek społecznych.  Również swoboda poruszania się dziennikarzy po budynku sejmowym stopniowo, metodą małych koczków, jest ograniczana.

Zatem to nie opozycja, ale Kaczyński wygrał tę partię. Zrobił to spokojem, nieugiętą postawą i pewnością własnych racji. Za to opozycja jawi się tu, jako niedojrzały młokos, który dużo krzyczy, ale nie za bardzo ma koncepcję na swoje działania. Również nie pomaga sprawie to, że każdy z liderów opozycji chciałby być autorem pozytywnych przemian, ale każdy z nich ma zamiar samodzielnie ponad głowami innych do tego celu dotrzeć.

Zatem czy mamy kryzys? Tak! Mamy głęboki kryzys demokracji. Nikt i nic nie jest w stanie przeszkodzić koncepcji rodzącej się w głowie jednego człowieka i to koncepcji prowadzącej do dobrej zmiany!